Kosmetyki na kozetce

Natto Gum i Goat Milk – maski w płachcie od Borntree

Gabriela Młyńska 7 stycznia 2019
flower

Maski w płachcie bardzo sobie cenię. Bo są przeważnie dobrze wykonane, są nasączone silnie skoncentrowaną esencją, koją moją skórę i zabierają mało miejsca w kosmetyczce, dzięki czemu bez problemu możemy je zabrać ze sobą w podróż!

 
Maski Natto Gum Mask oraz Goat Milk Cream od Borntree dostałam na listopadowym Meet Bloggers (sobie o tu możecie poczytać co to takiego jest) dzięki sklepowi Korean Unicorn.
I bez wahania zdecydowałam, że ten duet poleci ze mną zwiedzać Nowy Jork 😉
 
 
Na pierwszy ogień poszła maska Natto Gum w pięknym, niebieskim i minimalistycznym opakowaniu. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie płachta – solidna, dobrze wycięta (nareszcie nie miałam problemu z dopasowaniem wszystkich otworów maskowych do twarzy i nawet nie wyglądałam jak pacjentka oparzeniówki). I to nasączenie! Produktu jest na prawdę dużo. Obawiałam się, że będzie spływał ale nic z tego. Maska raz położona i dopasowana do twarzy spokojnie sobie tam siedziała i robiła swoje a ja mogłam bezproblemowo się poruszać. Pachnie bardzo subtelnie.
Pewnie zapytacie co kryje się pod tym dziwnie brzmiącym słowem „natto”. Otóż to nic innego jak sfermentowana soja. Brzmi nieźle, prawda? Co może nam zaoferować? Natto jest naturalnym źródłem fitoestragenów, wspomaga walkę ze starzeniem się skóry, potężnie nawilża tworząc ochronną warstwę na naskórku. W składzie znajdziemy także:
– ekstrakt z korzenia lukrecji (zawiera flawonoidy, fitosterole i glicyzynę, czyli substancję silnie nawilżającą, ekstrakt wykazuje działania antyalergiczne, przeciwłojotokowe, antyoksydacyjne)
– ekstrakt z korzenia imbiru (poprawia mikrokrążenie krwi, wspomaga leczenie trądziku i łojotokowego zapalenia skóry, działa przeciwbakteryjnie)
– ekstrakt z cytryńca chińskiego (działa antyoksydacyjnie, poprawia koloryt skóry oraz jej napięcie, wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych)
– ekstrakt z kłącza coptis japonica (znany bardziej jako „złote nici japońskie”, zmniejsza stany zapalne skóry i błon śluzowych)
– wyciąg z liści zielonej herbaty (wykazuje działanie bakteriobójcze, aseptyczne, odświeżające i kojące. Nadaje się do każdego rodzaju cery)
– ekstrakt z nasion grejpfruta (działa na skórę tonizująco, witamina C wzmacnia ściany naczyń krwionośnych, wykazuje działanie antybakteryjne i przeciwgrzybicze)
– wyciąg z korzenia tataraku (wykazuje silne działanie aseptyczne, pomaga w pokonaniu zmian trądzikowych i łojotokowych)
– olej z #pachnotki (działa przeciwutleniająco i łagodząco, przyspiesza gojenie się drobnych ran, zwiększa elastyczność skóry)
Po kilku dniach w całkiem innym klimacie niż się spodziewałam moja skóra była przesuszona. Na zewnątrz było wietrznie i zimno, a w pomieszczeniach królowały kurtyny cieplne i wszelkiego rodzaju nadmuchy… Skóra wołała o pomstę do nieba! Po aplikacji maski, zauważyłam przede wszystkim ukojenie i wyciszenie skóry. Poprawił się także jej poziom nawilżenia i to nie na jeden wieczór a na kilka dni! Polecam tą maskę nawet wrażliwcom!
 
 
Goat Milk Cream zamknięta jest w białym opakowaniu. Szata graficzna także minimalistyczna. Płachta identyczna jak ta, którą opisywałam powyżej: podczas rozkładania nie rozdziera się, idealnie dopasowuje się do naszej twarzy. Nasączona jest trochę innym produktem, który w swojej konsystencji bardziej przypomina emulsję niż esencję.
W składzie znajdziemy:
– kozie mleko (zawiera kwas linolowy, który chroni skórę przed nadmierną utratą wody, zmiękcza naskórek i zapobiega jego pękaniu)
– ekstrakt z korzenia piwonii białej (doskonale sprawdza się w profilaktyce przeciwstarzeniowej skóry, wygładza ją i poprawia jej jędrność)
– ekstrakt z #bluszczu pospolitego (pobudza mikrokrążenie, wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych, usuwa toksyny)
– ekstrakt z korzenia maca (sprawia, że skóra wygląda promiennie i jest dobrze odżywiona, sprawnie pokonuje pierwsze oznaki starzenia się skóry)
Maska ma przyjemny, lekko pudrowy zapach. Nie przepadam za kozim mlekiem, ale w tym wypadku zrobiłam wyjątek. Po mini SPA, moja skóra była dobrze odżywiona i natłuszczona. Zniknęło nieprzyjemne uczucie ściągnięcia i szczypania.
 
 
Pomysł aby zabrać ze sobą w podróż maski Borntree okazał się strzałem w dziesiątkę! Kosmetyki spisały się na medal, ukoiły i zadbały o nawilżenie mojej potrzebującej skóry. Jestem zachwycona wytrzymałością płachty! To chyba najlepsze tego typu maski jakie do tej pory miałam.
A kupicie je o tutaj i tutaj.
Znacie je? Bo jeśli nie, to polecam Wam serdecznie!